Sandacz to największa ryba jaką w zyciu udało mi się złapać. Ten wyciągnięty na brzeg przeze mnie, dawno temu miał prawie 4 kg. Pamiętam, że popsuł mi się podczas wyciągania ryby kołowrotek i pobiegłem z wędką w głąb łąki przy Pilicy. Wyciągnąłem rybę na brzeg, z tym, że prawie mi uciekła do wody, jak ja dobiegałem do niej ze środka łąki.
- duży sandacz filet,
- oliwa do pieczenia,
- pieprz, sól, mąka,
- kilka plasterków słoniny lub boczku,
- łyżka tartego chrzanu,
- żółtka z dwóch jajek,
- koperek,
- cytryna.
Sandacza filetujemy i porcjujemy na blizniacze kawałki, znaczy rybę składamy po wyfiletowaniu i kroimy.
Przygotowane kawałki solimy i z jednej strony smarujemy sosem z żółtek i chrzanu. 2 porcje składamy do środka posmarowaną stroną i zawiązujemy plastrem słoniny lub boczku. Układamy w żaroodpornym naczyniu z odrobiną oliwy, lub tak jak ja w patelni ze zdejmowaną rączką ingenio tefala i wkłądamy do piekranika. Gdy ryba uzyska odpowiedni złoty kolor, to niezawodny znak, że jest już dobra. Wyjmujemy dekorujemy plasterkami cytryny i koperkiem.